Cała ta historia zaczęła się 22 lata temu w miejscowości o nazwie Rajskie, w Bieszczadach. Gdy się teraz nad tym zastanawiam,  mój początek wędkarskiej przygody to istna klasyka. Bieszczadzkie lato, San, bacik z leszczyny i płoteczki … JAhh…., nie mogło się zacząć lepiej. Ciężko uwierzyć, ze minął taki szmat czasu, a ja ani na chwile nie przestałem myśleć o wędkarstwie. Właściwie myślę o nim coraz więcej. Pewien jestem jednego, dopóki będę w stanie, będę dalej pokonywał kilometry w poszukiwaniu dzikiej miejscówki i jej dzikich mieszkańców. Dalej będę uprawiał „MyFishing”. Drogę  po drabinie wędkarskiej ewolucji przeszedłem pewnie taką samą jak wielu z nas. Od spławika, przez federki, po spinning i wreszcie metodę muchową. Dwie ostatnie metody zostaną ze mną na zawsze, właściwie stosuję już tylko je.  Są aktywne, efektowne i dają tak wiele możliwości. Łowienie na muchę czy spinning jest jak partia szachów z wyśmienitym przeciwnikiem lub akcja jednostek specjalnych. Tyle rożnych taktyk, tyle rożnych przynęt, tyle sposobów ich prezentacji, tyle zmiennych decydujących o powodzeniu „naszej misji”.
My wykorzystując wiedzę i doświadczenie musimy całą „akcję” rozważnie zaplanować, a potem bezbłędnie wykonać- bo każdy nawet najmniejszy błąd może zaważyć na naszym sukcesie lub porażce.  Dodaj do tego całe to współczesne wyposażenie i osprzęt, piękną i dziką scenerie, a  na prawdę można poczuć się jak komandos na jednej ze swoich niebezpiecznych misji. Doświadczenia nabierałem głownie na dzikiej środkowej Wiśle, która nie bez powodu ochrzczona została królową polskich rzek. To na jej głębokich burtach łowiłem pierwsze sandacze, po jej kamienistych rafach i piaszczystych przykosach uganiałem się za pierwszymi boleniami, tam pierwszy raz spotkałem się ze szczupakiem czy sumem. Właściwie to większość z moich wędkarskich „pierwszych razy” miałem z królową. To tam po raz pierwszy spotkałem się z moją ukochaną rybą – kleniem i choć teraz częściej uganiam się za pstrągami to muszę przyznać, że „profesor” nauczył mnie najwięcej. Po niego wracałem w Bieszczady przynajmniej raz w roku przez 20 lat, to on pokazał mi piękno suchej muchy – stanowił dla mnie łącznik miedzy spinningiem, a muchówką. Jednak ryby nie są tym co mnie tak przyciąga do wędkarstwa, czasami myślę, że to tylko pretekst do połażenia po krzakach i posiedzenia nad rzeką. Ryba jest nagrodą za poświęcony czas i włożony wysiłek, a sama walka dostarcza niezapomnianych emocji. Emocji, które laikowi ciężko jest nawet opisać, a które każdy wędkarz rozumie doskonale.
Dla mnie jednak sama pogoń za „króliczkiem” jest równie wartościowa. Uwielbiam przebywać na łonie natury, siedzieć pod drzewkiem nad wodą i po prostu patrzeć na świat. Myślę, że w tym miejscu wędkarze mają wiele wspólnego z podróżnikami, backpackersami wszelkiej maści przynajmniej ja widzę sporo analogii z moim wędkowaniem. Podczas swoich podróży szukam po prostu tego samego co wybierając się na ryby. Kontaktu z natura, wolności, przygody – jeśli tego szukasz MyFishing.pl jest dla Ciebie.