Po 5 latach tęsknoty za rodzimą wodą w końcu pojawiła się szansa aby jak za dawnych lat rozpocząć sezon pstrągowy w Polsce. Odwieczny dylemat czy rozpocząć nowy rok z muchówką czy spinningiem rozstrzygną rzut monetą. Orzeł – muchówką, reszka – spinning. Dwa złote pofrunęło więc w powierzę.  Po serii efektownych salt wyładowała ogłaszając werdykt – reszka!! W sumie mnie to ucieszyło – ze spinningiem wiązało się znacznie mniej przygotowań. Nakręciłem wiec jigów, skompletowałem przynęty i pełen nadziei wyruszyłem zapolować na pstrągi. Po wielu latach nieobecności nad lubelskimi rzeczkami krainy pstrąga i lipienia nad wodą zameldowałem sie już 1 stycznia.
Do dyspozycji miałem jakieś 4 godzinki czasu oraz masę różnorodnych przynęt począwszy od woblerów i jigów mojej produkcji po seryjne salmo, sieki i oczywiście moje ukochane wiórki meppsa. W pudełku znalazło sie też kilka miękkich przynęt miedzy innymi żabki, które świetnie sprawdzały się kiedyś na początku wiosny, a skoro zimy ni widu nie słychu miały być one moja tajna bronią.
Problem stanowiła tradycyjnie duża presja wędkarska oraz zamglone już wspomnienia poznanych przeze mnie zakątków rzeki. Postanowiłem poszukać odcinka na którym nie będzie widać innych wędkarzy z nadzieją, że będę tam pierwszy. Na tak małych rzekach jak Bystrzyca dla własnego dobra lepiej nie chodzić po przetartych już szlakach o ile jest to w ogóle możliwe, zwłaszcza, że jak zauważyłem później wielu wędkarzy wędruje z biegiem rzeki skutecznie płosząc większość ryb.
Po jakiś 20 min. poszukiwań wybrałem jak mi się wydawało całkowicie opustoszały odcinek rzeki
i ruszyłem do boju. Zestaw zmontowałem chyba w rekordowym czasie. Na jego koniec powędrował biały pstrągowy jig na 2,5 gramowej główce, jego muchowy odpowiednik zawsze kusił jakieś rybki
na Bystrzycy w zimowym okresie. Odpaliłem papierosa i ruszyłem w stronę rzeki.  Niestety widok jaki zastałem daleki był od tego z moich wizji. Stan wody był niesamowicie niski, co przełożyło się na drastyczny spadek pstrągowych miejscówek. Pierwsza myśl to oczywiście jadę szukać innego odcinka, ale wspomnienie licznych wędkarzy mijanych po drodze wpłynęło znacząco na podjętą finalnie decyzje. W końcu przyjechałem odwiedzić „stare śmieci”, pobyć trochę nad rzeką, no pressure.
Tak więc zostaje tu gdzie jestem, przecież pstrągi powinny być i tutaj w końcu to odcinek „no kill”. Ruszyłem wiec w górę rzeki obławiając co bardziej obiecujące „dołeczki”. Przynętę prowadzę zazwyczaj skokami tuż nad samym dnem, choć dobre efekty przynosi czasem jej położenie i turlanie, zwłaszcza jeśli chodzi o imitacje budzących się z zimowego letargu żab. Po ok. 20 minutach spacerowania natrafiłem w końcu na obiecującą rynienkę. Zakradłem się cichutka i posłałem jiga
w sam jej środek. Chwile to trwało, ale w końcu uderzył, musiał tam być!  Po 60 sekundowym holu wychudzony, z wielka dziurą w grzbiecie, 35 cm pstrążek wyładował w podbieraku. Jak się później okazało była to największa tego dnia rybka. Pewnie miał spotkanie z wydrą – pomyślałem wypuszczając łobuza. Tego dnia miałem na kiju 8 rybek wszystkie na mój biały jig. Przyznam się, że innych przynęt nie testowałem J Większość pstrągów mieściło się w widełkach miedzy 20 – 30 cm – ich wielkość nie powala, ja jednak jestem zadowolony moja przynęta okazała się strzałem w 10-tkę! Sezon dopiero się rozpoczął wiec może być tylko lepiej, tym bardziej , że spotkani nad woda koledzy po fachu nie mieli praktycznie kontaktu z rybką. Pierwsze koty za płoty 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *